Angielski dla dzieci

Kiedy zacząć naukę języka obcego?

Na naukę języka obcego nigdy nie jest za późno, ale jeśli chcecie żeby Wasze dziecko mówiło płynnie i bez akcentu, lepiej zacząć edukację odpowiednio wcześnie. Właściwie nie ma dolnej granicy wieku a im wcześniej zaczniecie, tym lepiej. W przypadku małych dzieci nauka języka obcego, powinna być formą zabawy. Wiadomo, że chętniej robimy rzeczy, które sprawiają nam przyjemność, niezależnie od tego ile mamy lat. Nawet dzieci, które nie potrafią jeszcze mówić, mogą z powodzeniem rozpocząć naukę języka i będzie to dla nich nie przykry obowiązek i ślęczenie nad skomplikowaną i niezrozumiałą gramatyką, ale zupełnie naturalny proces.

Nudna gramatyka

Dziecięcy mózg jest nastawiony na poznawanie świata i naukę. To co dla dorosłych jest trudne i wymaga mnóstwa wysiłku i pracy, dziecko może przyswoić bez problemu a co więcej, w przyszłości będzie mówić bez akcentu. Oczywiście nie chodzi o to żeby udowadniać całemu światu jakim nasza pociecha jest geniuszem i męczenie dziecka czymś, czego nie lubi. Nauka, w przypadku mały dzieci, powinna być przede wszystkim przyjemna. Jeśli decydujecie się uczyć dziecko dodatkowego języka, to powinniście się zastanowić w imię czego, to robicie. Myślę, że jeśli potraktujemy to jako zabawę, odkładając na bok własne ambicje i aspiracje i nie oczekując od dziecka zbyt wiele, to nauka może przynieść bardzo dobre rezultaty. Ważne, żeby zdrowo do tego podejść i nie wywierać presji.

Angielski, chiński czy hiszpański?

Najpopularniejszy obecnie i pewnie jeszcze przez długi czas, ze względu na łatwość uczenia się, jest angielski. Być może za kilka lat zostanie zastąpiony przez coraz bardziej popularny hiszpański, albo chiński. W Stanach Zjednoczonych hiszpański jest językiem nr 2 i jest obecny na każdym kroku a język chiński jest na miejscu trzecim, pod względem liczby osób posługującym się nim. Co przyniesie przyszłość – okaże się za kilka lat, na razie bez angielskiego ani rusz.

Który język wybrać?

Żeby nauczyć dziecko języka obcego nie musimy wydawać pieniędzy na prywatne korepetycje. Jest to oczywiście bardzo dobra rzecz, ale  nie zawsze możliwa, oprócz kosztów, trzeba mieć dostęp do nauczyciela języka obcego, najlepiej native speakera. Poza tym, żeby efekty były jak najlepsze, lekcje muszą odbywać się często, tak żeby kontakt z językiem był jak największy. Wasze dziecko może się jednak nauczyć angielskiego w zupełnie inny sposób – jaki? Jeśli czytacie ten artykuł, to macie dostęp do internetu. I tu kryje się odpowiedź. Internet to nieograniczony dostęp do języka angielskiego. Nie musicie spędzać godzin na poszukiwaniu materiałów.

Darmowe lekcje angielskiego w domu

Przy małych dzieciach najfajniejszą i najprzystępniejszą formą jest nauka przez muzykę. Bogactwo darmowych, dobrej jakości materiałów oferuje YouTube. Ilość piosenek i filmów dla dzieci jest bardzo duża i jest w czym wybierać. Jeśli nie wiecie od czego zacząć, podam Wam kilka tytułów piosenek i bajek, które oglądam z moją córcią. Są to proste i fajne utwory, które łatwo wpadają w ucho, tak że niejeden raz będą Wam chodzić po głowie.

Chyba najbardziej znaną piosenką jest „ABC song” (ej bi si) albo „alphabet song” , dzięki której dzieci poznają alfabet i uczą się wymowy liter w angielskim (spelling, czyli odpowiednik naszej ortografii).

English - yes

Następną, bardzo popularną i melodyjną piosenką jest „If you are happy and you know it„. Każda piosenka ma co najmniej kilka wersji i można wybrać tę, którą dziecko lubi najbardziej.

Kolejna to „The wheels on the bus” – tę niejednokrotnie śpiewaliśmy z mężem podczas spaceru, kiedy córcia nie chciała siedzieć w wózku i trzeba było odwracać jej uwagę.  Ta piosenka jest o tyle fajna, że maluch przyłącza się klaszcząc, tupiąc, co wygląda rozbrajająco. Dziecko nie tylko uczy się, ale również robi to aktywnie, powtarzając gesty i ruchy.

Podobną piosenką przy której dziecko włącza się, naśladując wykonawców jest „Head, shoulders, knees and toes„.

Ponieważ wybór piosenek w języku angielskim, dla dzieci jest duży, wymienię te, które moim zdaniem warto poznać:

– Old Mac Donald had a farm

– days of the week

– numbers song

– Mary had a little lamb

– the eensy weensy spider

– I like the flowers

– The Elephant Song

– Elmo’s song

– I’m a little teapot

– Five little monkeys

– weather song

Jednym z najlepszych i najbardziej znanych zespołów dla dzieci, śpiewających po angielsku jest „The Wiggles” i właściwie każda ich piosenka jest świetna – ostatnio przerabiamy z córcią „Rock a bye your bear” i „Music box dancer” i tylko dlatego wymieniam te. Piosenki „The Wiggles” są bardzo melodyjne, teledyski kolorowe i wesołe, tak że słucha i ogląda się ich z przyjemnością: 12 little ponnies, Blow up your baloons, Big red car, This Old Man i tak dalej, i tak dalej.

Kolejną kreatywną osobą, która potrafi przykuć uwagę dziecka jest pani, którą znajdziecie pod nazwą Cullen’s abc. Jednoosobowy zespół, mimo że jej wokalne zdolności nie są najlepsze to rozrywka dla dzieci gwarantowana.

Dziecko przed komputerem

Filmy, które polecam do oglądania, to krótkie,  kilkuminutowe, zabawne historyjki. Do ulubionych mojej pociechy należą:

– To the garden

– Puppy dog

– Patrick and friends (colors and shapes, everyone has a dream)

– Mio Mao (tę bajkę można oglądać na JimJam bez komentarza, na YouTube dostępne są odcinki z komentarzem w angielskim).

Wasze dziecko może zacząć się uczyć, kiedy pójdzie do szkoły, ale najlepsze efekty uzyskacie zaczynając naukę w wieku 0-3 lat. Ważne jest pozytywne nastawienie i konsekwencja, które są kluczem w nauce języka obcego.

Pieczone ziemniaki z rozmarynem

Pieczone ziemniaki są doskonałym dodatkiem do drugiego dania. Świetnie smakują z kurczakiem, schabem, kotletem mielonym czy rybą. Mogą być podane z surówką i z sałatką. Ich przygotowanie jest proste a dodatek rozmarynu zupełnie zmienia smak. Pieczone ziemniaki ładnie się prezentują na talerzu i będą ciekawą odmianą zwykłych kartofli.

Pieczone ziemniaki z rozmarynem

Składniki (na 2 osoby):

5 ziemniaków

suszony rozmaryn

oliwa z oliwek lub masło do pieczenia

Przygotowanie:

Ziemniaki obrać ze skórki, umyć i pokroić na czwórki. Formę do pieczenia (ja używam żeliwnej patelni) skropić oliwą z oliwek, ułożyć ziemniaki i polać je oliwą, lub przykryć plasterkami masła. Ziemniaki posypać rozmarynem. Piec w temperaturze 200ºC przez około 30 minut, aż nabiorą złocistej barwy.

Podawać gorące.

Ziemniaki z rozmarynem

Smacznego!

Podróż samolotem z małym dzieckiem

Roczne dziecko w samolocie

Podróż z małym dzieckiem to wyzwanie, któremu można podołać, ale na które trzeba się przygotować, zwłaszcza psychicznie. Im krótsza jest to wyprawa, tym mniej będziemy mieć stresu. Czasem po prostu trzeba gdzieś pojechać z dzieckiem, z różnych powodów. My mieliśmy okazję lecieć z naszą córcią już 2 razy. Pierwsza podróż miała miejsce gdy mała skończyła rok. Lecieliśmy wtedy do Grecji na wakacje. Podróż nie była długa, trwała 2,5 godziny (lot), lecieliśmy bezpośrednio z Krakowa na Rodos, bez przesiadek, czy dodatkowych dojazdów. Cała podróż, od drzwi do drzwi, trwała oczywiście dłużej: dojazd na lotnisko, czekanie na odprawę i potem na lot, a po wylądowaniu: odbiór bagażu, przydział do hotelu (wycieczkę wykupiliśmy dzień wcześniej i hotel, w którym będziemy mieszkać był przydzielany na miejscu), dojazd do hotelu. Cała podróż zajęła około 8 godzin, ale to standard przy podróżowaniu samolotem.

dziecko w samolcie -Tablica informacyjna
Tablica odlotów

A teraz najważniejsze, czyli co robiło roczne dziecko. Dziecko bawiło się świetnie na lotnisku – nie chodziła jeszcze wtedy samodzielnie, ale przy pomocy rodziców radośnie wspinała się po schodach, krzesłach, uśmiechała do podróżnych, biegała po całym lotnisku, co było bardzo dobrą rzeczą, ponieważ zmęczyła się na tyle, że po wypiciu mleka i wejściu na pokład usnęła jak suseł. Drzemka trwała około 1,5 godziny. Potem musieliśmy z tatą dostarczać rozrywki. Do tego celu zabraliśmy kilka ulubionych książek i palmtopa z piosenkami i bajkami dla dzieci.

Huston mamy problem, czyli jak zmienić pieluchę w samolocie

Ponieważ nasza córcia jest dzieckiem ruchliwym, dużym ułatwieniem był fotel, który miała do swojej dyspozycji, dzięki czemu mogła się wspinać, kręcić, skakać, nie przeszkadzając nikomu i robiąc użytek ze swojej dziecięcej energii. W międzyczasie mała trochę zjadła, po czym zrobiła miejsce na następną porcję, więc konieczna była zmiana pieluchy. Ponieważ moja córcia nie usiedzi ani chwili na miejscu (chyba że ogląda ulubioną bajkę), do brudnej roboty wciągnęłam mojego bohatera, czyli męża – trzymał dziecko w pozycji pionowej, mimo jej nieustającego wyginania we wszystkich możliwych kierunkach (małe dzieci jogę mają we krwi) a ja za pomocą cudownego wynalazku – chusteczek nawilżających, wycierałam co trzeba. Przy brudnej pieluszce trzeba wykazać się refleksem i przewinąć dziecko, zanim w niej usiądzie. Zmiana pampersa pójdzie wtedy o wiele szybciej i będzie łatwiejsza.

Lecieć z dzieckiem, czy zostać w domu?

Mała w samolocie spisywała się w sumie bardzo dobrze. Najgorzej było przy lądowaniu. Ponieważ Łucja nie używała smoczka, który w tej sytuacji jest świetny, bo dziecko przełykając ślinę, lepiej znosi zmiany ciśnienia podczas lotu, ciężko zniosła te zmiany i płakała. Uspokajaliśmy ją jak mogliśmy, ale było trudno. W końcu wylądowaliśmy i odetchnęliśmy z ulgą.

lot samolowtem z dzieckiem
W samolocie rejsowym

Droga powrotna przebiegła podobnie – mała protestowała przy lądowaniu, choć trwało to krócej. Niestety przy locie powrotnym nie mieliśmy wolnego miejsca dla dziecka, zajęte było miejsce przy przejściu, przez co było trudniej – trzeba wyjść z małą do łazienki, na środek samolotu, żeby mogła pochodzić – za każdym razem musieliśmy przepraszać panią, która siedziała w zewnętrznym fotelu. Zastanawiam się, kto po wylądowaniu był bardziej szczęśliwy – my, czy ta biedna Pani. Ponieważ lot nie był długi, podróż była całkiem udana i z pewnością można i warto lecieć na wakacje z małym dzieckiem .

Z małym dzieckiem za ocean

Druga podróż była o wiele dłuższa, a dziecko miało skończone 17 miesięcy. Lecieliśmy wtedy do Stanów. Podróż była kilkuetapowa. Najpierw jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Warszawy. Ten etap był prosty i przyjemny, mała spała w pociągu, ponieważ wyjechaliśmy wcześnie rano. W Warszawie wzięliśmy taksówkę na lotnisko – z małym dzieckiem i bagażem, to najlepsze wyjście. Na lotnisku zjedliśmy śniadanie, Łucja pobiegała sobie, pojeździła na ruchomych schodach, powspinała się po czym się dało i była gotowa na lot do Paryża, który również przeszedł gładko – dziecko spało.
Lot z przesiadkami

W Paryżu okazało się, że odprawa na nasz następny lot, do Atlanty, już się kończy. Biegiem, z dzieckiem na ręku, gnaliśmy do właściwego terminalu, co było swego rodzaju wyczynem, bo lotnisko Charlesa de Gaulle’a jest duże. Na szczęście zdążyliśmy i na pokładzie Delty odlecieliśmy za ocean. Podobnie jak w pierwszej podróży mieliśmy do dyspozycji dodatkowy fotel dla Łucji, dzięki czemu mała mogła ruszać się do woli. Lot, mimo że długi minął dobrze. Mała płakała przy wysiadaniu z samolotu, ponieważ był to według polskiego czasu, środek nocy. Niestety Łucja nie mogła spać w samolocie – trochę się zdrzemnęła, ale niedługo, więc po całym dniu w podróży była zmęczona.

Dziecko na lotnisku
Na lotnisku

Lotnisko w Atlancie to jedno z największych na świecie. Żeby dostać się z jednego terminalu na drugi trzeba jechać pociągiem. Tu mieliśmy trochę czasu, w oczekiwaniu na kolejny lot i córcia mogła bawić się na lotnisku. Mimo późnej pory, spisywała się bardzo dobrze. W końcu wsiedliśmy do samolotu numer trzy, który leciał na Florydę. Ten lot był najkrótszy i minął szybko – Łucja spała, my z mężem byliśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy jawą a snem.
Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej

Lot powrotny przebiegał podobnie, z tym że Łucja nie płakała wcale i spała podczas długiego lotu ze Stanów. Ponieważ pogoda przy wylocie z Florydy i w Atlancie była zła, pierwszy lot był odwołany, ale zdołaliśmy załapać się na późniejszy tego samego dnia. Z powodu opóźnień i zmian w rezerwacji nie mieliśmy dodatkowego miejsca dla dziecka i dodatkowo dostaliśmy osobne siedzenia, co przy długim locie przez ocean, byłoby dużym utrudnieniem. Na szczęście stewardessa przekonała siedzącą przy mnie dziewczynę (którą po dziś dzień błogosławię) do zamiany miejscem z moim mężem, dzięki czemu mogliśmy siedzieć razem. Myślę, że wygibasy, które robiła moja córcia i jej nieustanne okrzyki “tata” ze wskazywaniem rączką w kierunku wyżej wymienionego, też zrobiły swoje. Tym razem dziecko spało przez większość lotu (odbywał się w godzinach nocnych) i ostatni lot, z Francji do Polski, również przespała.

W sumie byłam zaskoczona tym, jak dobrze córcia zniosła podróż i jak dzielnie się spisała. W którymś momencie mąż stwierdził, że mała pewnie myśli, że teraz tak będzie wyglądało nasze życie – z samolotu na samolot. Całkiem możliwe, bo kiedy wróciliśmy do domu, miała niepewną minę i dopiero jak zobaczyła swoje zabawki, uśmiechnęła się od ucha do ucha i wskoczyła do kojca z miśkami.

ABC podróży z małym dzieckiem

Wnioski, jakie się nasuwają odnośnie lotu z dzieckiem, to:

  • pozwolić się dziecku wybiegać (o ile to możliwe) przed lotem, pozwolić się ruszać, kiedy tylko jest to możliwe,
  • traktować dziecko bardziej pobłażliwie – podróżowanie jest uciążliwe dla każdego (nowe miejsca, szum, ruch, dużo ludzi, hałas, zmiany stref czasowych, zmiany ciśnienia i tak dalej) a zwłaszcza dla małego dziecka, które nie wie co się dzieje,
  • wytłumaczyć dziecku co w danym dniu i za chwilę będzie się działo,
  • przygotować dziecku rozrywkę na czas lotu – ulubione zabawki, książeczki, można kupić coś nowego, co pokażemy dziecku dopiero w samolocie. U nas najlepiej sprawdził się palmtop i kamera, na której mieliśmy nagrania z pobytu u moich rodziców, Łucję na huśtawce i tym podobne filmiki i zdjęcia, za którymi mała przepada. Oprócz tego dobrze jest znać jakieś fajne piosenki i śpiewać dziecku.
Podróż samolotem z małym dzieckiem - miś
Ulubiony pluszak na drogę
  • przygotować jedzenie i przekąski na drogę oraz mleko modyfikowane (w proszku lub gotowe do spożycia w płynie w zapieczętowanej butelce), zapasowe, czyste smoczki do butelki i smoczki do ssania, jeśli dziecko używa,
  • nie stresować się, jeśli dziecko chce tylko pić – nic się nie stanie jeśli zje mniej a bardzo ważne jest żeby dziecko dużo piło podczas podróży,
  • przygotować pieluszki i chusteczki, ewentualnie ubranie na zmianę dla dziecka – przyda się gdy zawartość pieluchy wywędruje na zewnątrz (najlepiej przebrać dziecko, gdy zrobi ‘prezent’, nie dopuszczając żeby w nim usiadło), tak żeby malec nie musiał podróżować w brudnym ubraniu,
  • kilka dni przed podróżą można podać dziecku probiotyk, ale przed podaniem trzeba skonsultować się z pediatrą.

Co można wziąć do samolotu?

Można zabrać jedzenie i picie dla dziecka, w ilościach proporcjonalnych do czasu podróży. Jeśli butelki z napojami (soki, woda) są zamknięte fabrycznie, to nie powinno być problemu (ja nie miałam). Jeśli natomiast mamy odpieczętowaną butelkę (dziecko już z niej piło), to obsługa lotniska może nas poprosić o napicie się z tej butelki.

W samolocie można poprosić stewardessę o przygotowanie mleka modyfikowanego, lub wodę przegotowana i przygotować mleko samemu. Podobnie z myciem butelki, czy smoczka – pracownicy obsługujący lot umyją potrzebne rzeczy.

Można oczywiście zamówić jedzenie dla dziecka przy rezerwacji biletu.

Pracownicy lotnisk są pomocni i można się zwrócić o pomoc w każdej sprawie i zdają sobie sprawę z tego że podróż z dzieckiem jest stresująca.

Do samolotu można zabrać wózek, który oddaje się przy wsiadaniu i jest chowany do luku bagażowego, więc po podróży trzeba chwilę poczekać na odbiór (wózki są wyciągane w pierwszej kolejności).

Można zabrać bagaż podręczny – 1 sztuka na osobę dorosłą i 1 ‘personal item’, czyli rzecz (przedmiot) osobisty, na przykład: laptop, torebka – to co jest nam potrzebne.

W samolotach są dostępne przewijaki, więc bez problemu można zmienić pieluszkę. Jeśli jest taka potrzeba, dostaniemy poduszkę, czy pled, którym można przykryć dziecko. W samolocie Delty, widziała również małe, rozkładane łóżeczko dla niemowlaka, myślę że są osiągalne przy długich rejsach. W lotach europejskich trzeba dziecku założyć pas bezpieczeństwa, który przypina się do pasa rodzica. W Stanach pasy dla dzieci nie są używane, trzeba trzymać maluszka (co i tak każdy rodzic robi).

Lot samolotem z dzieckiem to ciekawe doświadczenie i spore wyzwanie. Po podróży do Stanów doszliśmy z mężem do wniosku, że lot bez dziecka nie umywa się do wyprawy z potomstwem a powrót do domu to prawdziwe święto.

<!–         @page { size: 21.59cm 27.94cm; margin-right: 3.18cm; margin-top: 2.54cm; margin-bottom: 2.54cm }         P { margin-bottom: 0.21cm } –>

<!–         @page { size: 21.59cm 27.94cm; margin-right: 3.18cm; margin-top: 2.54cm; margin-bottom: 2.54cm }         P { margin-bottom: 0.21cm }         H2 { margin-bottom: 0.21cm; page-break-after: avoid }         H2.western { font-family: „Times New Roman”, serif; font-size: 18pt; font-weight: bold }         H2.cjk { font-family: „SimSun”; font-size: 18pt; font-weight: bold }         H2.ctl { font-family: „Tahoma”; font-size: 18pt; font-weight: bold }         DD { margin-left: 1cm } –>
<h2 lang=”en-US”><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Roczne dziecko w samolocie</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Podróż z małym dzieckiem to wyzwanie, któremu można podołać, ale na które trzeba się przygotować, zwłaszcza psychicznie. Im krótsza jest to wyprawa, tym mniej będziemy mieć stresu. Czasem po prostu trzeba gdzieś pojechać z dzieckiem, z różnych powodów. My mieliśmy okazję lecieć z naszą córcią już 2 razy. Pierwsza podróż miała miejsce gdy mała skończyła rok. Lecieliśmy wtedy do Grecji na wakacje. Podróż nie była długa, trwała 2,5 godziny (lot), lecieliśmy bezpośrednio z Krakowa na Rodos, bez przesiadek, czy dodatkowych dojazdów. Cała podróż, od drzwi do drzwi, trwała oczywiście dłużej: dojazd na lotnisko, czekanie na odprawę i potem na lot, a po wylądowaniu: odbiór bagażu, przydział do hotelu (wycieczkę wykupiliśmy dzień wcześniej i hotel, w którym będziemy mieszkać był przydzielany na miejscu), dojazd do hotelu. Cała podróż zajęła około 8 godzin, ale to standard przy podróżowaniu samolotem.</span></span>

<dl> <dt><a name=”attachment_330″></a><a href=”../images/Tablica-informacyjna.jpg”><span style=”color: #000080;”><img src=”../images/Tablica-informacyjna.jpg” border=”1″ alt=”” width=”300″ height=”225″ align=”BOTTOM” /></span></a></dt> <dd> <span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Tablica odlotów</span></span></dd> </dl><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>A teraz najważniejsze, czyli co robiło roczne dziecko. Dziecko bawiło się świetnie na lotnisku – nie chodziła jeszcze wtedy samodzielnie, ale przy pomocy rodziców radośnie wspinała się po schodach, krzesłach, uśmiechała do podróżnych, biegała po całym lotnisku, co było bardzo dobrą rzeczą, ponieważ zmęczyła się na tyle, że po wypiciu mleka i wejściu na pokład usnęła jak suseł. Drzemka trwała około 1,5 godziny. Potem musieliśmy z tatą dostarczać rozrywki. Do tego celu zabraliśmy kilka ulubionych książek i palmtopa z piosenkami i bajkami dla dzieci.</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Huston mamy problem, czyli jak zmienić pieluchę w samolocie</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Ponieważ nasza córcia jest dzieckiem ruchliwym, dużym ułatwieniem był fotel, który miała do swojej dyspozycji, dzięki czemu mogła się wspinać, kręcić, skakać, nie przeszkadzając nikomu i robiąc użytek ze swojej dziecięcej energii. W międzyczasie mała trochę zjadła, po czym zrobiła miejsce na następną porcję, więc konieczna była zmiana pieluchy. Ponieważ moja córcia nie usiedzi ani chwili na miejscu (chyba że ogląda ulubioną bajkę), do brudnej roboty wciągnęłam mojego bohatera, czyli męża – trzymał dziecko w pozycji pionowej, mimo jej nieustającego wyginania we wszystkich możliwych kierunkach (małe dzieci jogę mają we krwi) a ja za pomocą cudownego wynalazku – chusteczek nawilżających, wycierałam co trzeba. Przy brudnej pieluszce trzeba wykazać się refleksem i przewinąć dziecko, zanim usiądzie w brudnej pieluszce. Zmiana pampersa pójdzie wtedy o wiele szybciej i będzie łatwiejsza.</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Lecieć z dzieckiem, czy zostać w domu?</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Mała w samolocie spisywała się w sumie bardzo dobrze. Najgorzej było przy lądowaniu. Ponieważ Łucja nie używała smoczka, który w tej sytuacji jest świetny, bo dziecko przełykając ślinę, lepiej znosi zmiany ciśnienia podczas lotu, ciężko zniosła te zmiany i płakała. Uspokajaliśmy ją jak mogliśmy, ale było trudno. W końcu wylądowaliśmy i odetchnęliśmy z ulgą.</span></span>

<dl> <dt><a name=”attachment_331″></a><a href=”../images/W-samolocie.jpg”><span style=”color: #000080;”><img src=”../images/W-samolocie.jpg” border=”1″ alt=”” width=”300″ height=”191″ align=”BOTTOM” /></span></a></dt> <dd> <span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>W samolocie rejsowym</span></span></dd> </dl><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Droga powrotna przebiegła podobnie – mała protestowała przy lądowaniu, choć trwało to krócej. Niestety przy locie powrotnym nie mieliśmy wolnego miejsca dla dziecka, zajęte było miejsce przy przejściu, przez co było trudniej – trzeba wyjść z małą do łazienki, na środek samolotu, żeby mogła pochodzić – za każdym razem musieliśmy przepraszać panią, która siedziała w zewnętrznym fotelu. Zastanawiam się, kto po wylądowaniu był bardziej szczęśliwy – my, czy ta biedna Pani. Ponieważ lot nie był długi, podróż była całkiem udana i z pewnością można i warto lecieć na wakacje z małym dzieckiem .</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Z małym dzieckiem za ocean</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Druga podróż była o wiele dłuższa, a dziecko miało skończone 17 miesięcy. Lecieliśmy wtedy do Stanów. Podróż była kilkuetapowa. Najpierw jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Warszawy. Ten etap był prosty i przyjemny, mała spała w pociągu, ponieważ wyjechaliśmy wcześnie rano. W Warszawie wzięliśmy taksówkę na lotnisko – z małym dzieckiem i bagażem, to najlepsze wyjście. Na lotnisku zjedliśmy śniadanie, Łucja pobiegała sobie, pojeździła na ruchomych schodach, powspinała się po czym się dało i była gotowa na lot do Paryża, który również przeszedł gładko – dziecko spało.</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Lot z przesiadkami</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>W Paryżu okazało się, że odprawa na nasz następny lot, do Atlanty, już się kończy. Biegiem, z dzieckiem na ręku, gnaliśmy do właściwego terminalu, co było swego rodzaju wyczynem, bo lotnisko Charlesa de Gaulle’a jest duże. Na szczęście zdążyliśmy i na pokładzie Delty odlecieliśmy za ocean. Podobnie jak w pierwszej podróży mieliśmy do dyspozycji dodatkowy fotel dla Łucji, dzięki czemu mała mogła ruszać się do woli. Lot, mimo że długi minął dobrze. Mała płakała przy wysiadaniu z samolotu, ponieważ był to według polskiego czasu, środek nocy. Niestety Łucja nie mogła spać w samolocie – trochę się zdrzemnęła, ale niedługo, więc po całym dniu w podróży była zmęczona.</span></span>

<dl> <dt><a name=”attachment_332″></a><a href=”../images/znaki-na-lotnisku.jpg”><span style=”color: #000080;”><img src=”../images/znaki-na-lotnisku.jpg” border=”1″ alt=”” width=”300″ height=”264″ align=”BOTTOM” /></span></a></dt> <dd> <span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Na lotnisku</span></span></dd> </dl><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Lotnisko w Atlancie to jedno z największych na świecie. Żeby dostać się z jednego terminalu na drugi trzeba jechać pociągiem. Tu mieliśmy trochę czasu, w oczekiwaniu na kolejny lot i córcia mogła bawić się na lotnisku. Mimo późnej pory, spisywała się bardzo dobrze. W końcu wsiedliśmy do samolotu numer trzy, który leciał na Florydę. Ten lot był najkrótszy i minął szybko – Łucja spała, my z mężem byliśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy jawą a snem.</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Lot powrotny przebiegał podobnie, z tym że Łucja nie płakała wcale i spała podczas długiego lotu ze Stanów. Ponieważ pogoda przy wylocie z Florydy i w Atlancie była zła, pierwszy lot był odwołany, ale zdołaliśmy załapać się na późniejszy tego samego dnia. Z powodu opóźnień i zmian w rezerwacji nie mieliśmy dodatkowego miejsca dla dziecka i dodatkowo dostaliśmy osobne siedzenia, co przy długim locie przez ocean, byłoby dużym utrudnieniem. Na szczęście stewardessa przekonała siedzącą przy mnie dziewczynę (którą po dziś dzień błogosławię) do zamiany miejscem z moim mężem, dzięki czemu mogliśmy siedzieć razem. Myślę, że wygibasy, które robiła moja córcia i jej nieustanne okrzyki „tata” ze wskazywaniem rączką w kierunku wyżej wymienionego, też zrobiły swoje. Tym razem dziecko spało przez większość lotu (odbywał się w godzinach nocnych) i ostatni lot, z Francji do Polski, również przespała.</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>W sumie byłam zaskoczona tym, jak dobrze córcia zniosła podróż i jak dzielnie się spisała. W którymś momencie mąż stwierdził, że mała pewnie myśli, że teraz tak będzie wyglądało nasze życie – z samolotu na samolot. Całkiem możliwe, bo kiedy wróciliśmy do domu, miała niepewną minę i dopiero jak zobaczyła swoje zabawki, uśmiechnęła się od ucha do ucha i wskoczyła do kojca z miśkami.</span></span>
<h2><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: medium;”>ABC podróży z małym dzieckiem</span></span></h2>
<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Wnioski, jakie się nasuwają odnośnie lotu z dzieckiem, to:</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- pozwolić się dziecku wybiegać (o ile to możliwe) przed lotem, pozwolić się ruszać, kiedy tylko jest to możliwe,</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- traktować dziecko bardziej pobłażliwie – podróżowanie jest uciążliwe dla każdego (nowe miejsca, szum, ruch, dużo ludzi, hałas, zmiany stref czasowych, zmiany ciśnienia i tak dalej) a zwłaszcza dla małego dziecka, które nie wie co się dzieje,</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- wytłumaczyć dziecku co w danym dniu i za chwilę będzie się działo,</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- przygotować dziecku rozrywkę na czas lotu – ulubione zabawki, książeczki, można kupić coś nowego, co pokażemy dziecku dopiero w samolocie. U nas najlepiej sprawdził się palmtop i kamera, na której mieliśmy nagrania z pobytu u moich rodziców, Łucję na huśtawce i tym podobne filmiki i zdjęcia, za którymi mała przepada. Oprócz tego dobrze jest znać jakieś fajne piosenki i śpiewać dziecku,</span></span>

<dl> <dt><a name=”attachment_333″></a><a href=”../images/mi%C5%9B.jpg”><span style=”color: #000080;”><img src=”../images/mi%C5%9B.jpg” border=”1″ alt=”” width=”225″ height=”300″ align=”BOTTOM” /></span></a></dt> <dd> <span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>Ulubiony pluszak na     drogę</span></span></dd> </dl><span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- przygotować jedzenie i przekąski na drogę oraz mleko modyfikowane (w proszku lub gotowe do spożycia w płynie w zapieczętowanej butelce), zapasowe, czyste smoczki do butelki i smoczki do ssania, jeśli dziecko używa,</span></span>

<span style=”font-family: Calibri,sans-serif;”><span style=”font-size: small;”>- nie stresować się, jeśli dziecko chce tylko pić – nic się nie stanie jeśli zje mniej a bardzo ważne jest żeby dziecko dużo piło podczas podróży.

Przygotować pieluszki i chusteczki, ewentualnie ubranie na zmianę dla dziecka – przyda się gdy zawartość pieluchy wywędruje na zewnątrz (najlepiej przebrać dziecko, gdy zrobi ‚prezent’, nie dopuszczając żeby w nim usiadło), tak żeby malec nie musiał podróżować w brudnym ubraniu, kilka dni przed podróżą można podać dziecku probiotyk, ale przed podaniem trzeba skonsultować się z pediatrą.Co można wziąć do samolotu?

Można zabrać jedzenie i picie dla dziecka, w ilościach proporcjonalnych do czasu podróży. Jeśli butelki z napojami (soki, woda) są zamknięte fabrycznie, to nie powinno być problemu (ja nie miałam). Jeśli natomiast mamy odpieczętowaną butelkę (dziecko już z niej piło), to obsługa lotniska może nas poprosić o napicie się z tej butelki.

W samolocie można poprosić stewardessę o przygotowanie mleka modyfikowanego, lub wodę przegotowana i przygotować mleko samemu. Podobnie z myciem butelki, czy smoczka – pracownicy obsługujący lot umyją potrzebne rzeczy.

Można oczywiście zamówić jedzenie dla dziecka przy rezerwacji biletu.

Pracownicy lotnisk są pomocni i można się zwrócić o pomoc w każdej sprawie i zdają sobie sprawę z tego że podróż z dzieckiem jest stresująca.

Do samolotu można zabrać wózek, który oddaje się przy wsiadaniu i jest chowany do luku bagażowego, więc po podróży trzeba chwilę poczekać na odbiór (wózki są wyciągane w pierwszej kolejności).

Można zabrać bagaż podręczny – 1 sztuka na osobę dorosłą i 1 ‚personal item’, czyli rzecz (przedmiot) osobisty, na przykład: laptop, torebka – to co jest nam potrzebne.

W samolotach są dostępne przewijaki, więc bez problemu można zmienić pieluszkę. Jeśli jest taka potrzeba, dostaniemy poduszkę, czy pled, którym można przykryć dziecko. W samolocie Delty, widziała również małe, rozkładane łóżeczko dla niemowlaka, myślę że są osiągalne przy długich rejsach. W lotach europejskich trzeba dziecku założyć pas bezpieczeństwa, który przypina się do pasa rodzica. W Stanach pasy dla dzieci nie są używane, trzeba trzymać maluszka (co i tak każdy rodzic robi).

Lot samolotem z dzieckiem to ciekawe doświadczenie i spore wyzwanie. Po podróży do Stanów doszliśmy z mężem do wniosku, że lot bez dziecka nie umywa się do wyprawy z potomstwem a powrót do domu to prawdziwe święto.;

Zabawy edukacyjne z rocznym dzieckiem

Muszę się uczyć!

Małe dzieci to bardzo ciekawe świata istoty. Ich umysł jest zaprogramowany by chłonąć wiedzę i się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Przykładem na to jest fakt, że płaczące dziecko (powód dowolny) przestanie płakać, jeśli pokażemy mu coś ciekawego. Sprawdza się to nawet w przypadku małego niemowlaka, płaczącego wniebogłosy z powodu kolki – brzęk kluczy, skrzypiąca podłoga, szum suszarki do włosów są w stanie odwrócić jego uwagę i skierować ją na źródło dźwięku – mały umysł musi analizować i gromadzić wiedzę – co oznacza ten dźwięk, czy ma wpływ na rzeczywistość a jeśli tak, to jaki? Oczywiście niemowlak nie myśli w tak skomplikowany sposób, ale musi się uczyć i katalogować – ważne – nieważne. Nauka dla kilku, czy kilkunastomiesięcznego  dziecka jest ważniejsza niż jedzenie. Zapewne nie raz martwiłyście się, że wasza pociecha nie chce jeść, dzieje się tak dlatego, że jedzenie to nudna czynność, niezbędna do życia, ale pozbawiona ekscytacji. Jeśli pozwolimy dziecku na samodzielne jedzenie, to badanie konsystencji i zachowania jedzenia wprawionego w ruch (przez wyrzucenie z talerza), jest o wiele bardziej istotne, niż jego zjedzenie.

Z czym to się je?

Czasem wszystko co musimy robić jako rodzice, to podążać za naszym dzieckiem – jeśli marudzi, to może dlatego że nie poświęcamy mu za dużo uwagi, albo że się normalnie nudzi. Trzeba pozwolić małemu człowiekowi na ćwiczenie szarych komórek.

Karty edukacyjne

Zabawę z kartami odkryła nasza córcia. Dziadkowie kupili dla niej zestaw kart z prostymi obrazkami – pies, serce, liść i tym podobne, ważne żeby obrazki były spore i proste o konkretnym znaczeniu, impresja się tu nie sprawdza, zbyt duża ilość szczegółów na obrazku też nie jest dobra. Karty są przeznaczone dla dzieci w wielu szkolnym, ale okazało się, że roczne dziecko też potrafi zrobić z nich pożytek.

Karty edukacyjne

Trzymamy w ręku talię kart i mówimy co jest na obrazku każdej, czyli wymieniamy rzeczowniki: pies, dom, piłka. Karty przekładamy dosyć szybko, nie wdając się w szczegóły, czyli nie opowiadamy co pies robi, jakiego koloru jest piłka – oczywiście można, ale przy małym dziecku (około 12 miesięcy) chodzi o naukę konkretnych rzeczowników. Kolory i kształty można zacząć opisywać później (około 18 miesiąca), kiedy dziecko może się dłużej skupić i kiedy zna już podstawowe rzeczowniki.

Szybko się uczę

Na początku myślałam, że mała tylko patrzy na kolorowe obrazki, ale po jakimś czasie zmodyfikowałam zabawę – rozłożyłam 3 karty na podłodze i zapytałam o jedną z nich, na przykład: „gdzie jest piłka?”. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, córcia potrafiła wskazać przedmiot. Oczywiście zdarzały się pomyłki, wtedy ograniczamy ilość kart, które pokazujemy dziecku i powtarzamy te wybrane, aż dziecko je zapamięta. Maluchy łatwiej uczą się słów, które widzą w rzeczywistości, na przykład pies na obrazku i pies na ulicy, będą łatwiejsze do zapamiętania niż rysunek ośmiornicy.

Karta do zabawy edukacyjnej

Córcia uwielbia te karty i może się nimi bawić codziennie. Teraz ma 18 miesięcy i kilka kompletów różnych kart. Niektóre z nich prezentują zwierzęta i przedmioty, inne liczby, jeszcze inne kształty i kolory. Kocha je wszystkie i podłoga jest nimi pokryta, kilka minut po ułożeniu w pudełku. Niestety na polskim rynku wybór tych kart jest ograniczony.

Karta z pociągiem

Można je kupić w internecie, w języku angielskim ich nazwa to „flashcards”. Karty pomagają w nauce nowych słów, koncentracji, umiejętności szybkiego myślenia i pamięci (trzech ostatnich także w przypadku rodziców – pokazując karty w dosyć szybkim tempie, czasem trudno od razu znaleźć dany rzeczownik w zakamarkach pamięci). Są świetnym sposobem na nudę i sprawdzają się w różnych sytuacjach, a kiedy pokażecie je waszemu dziecku to zapewniam, że zadziwi was ono swoimi możliwościami szybkości uczenia się.

Naleśniki z jogurtem i owocami

Naleśniki na każdą okazję

Naleśniki to danie, które smakuje dobrze na śniadanie na obiad i na deser. Mogą być serwowane z dowolnym nadzieniem: z owocami, czekoladą, twarogiem, jogurtem, dżemem, miodem, syropem klonowym (fantastyczny smak), posypane cukrem pudrem, z farszem mięsnym, warzywami lub innymi ulubionymi dodatkami. Używa się ich do krokietów i po wypełnieniu farszem mięsnym, grzybowym, czy kapustą, obtacza się je w bułce tartej i smaży na złoty kolor. Tak podane smakują znakomicie z czerwonym barszczem. Naleśniki można jeść na ciepło lub jako zimną przekąskę.

Naleśniki są obecne chyba w każdej kuchni na świecie. Mogą być podawane zwinięte w rulonik, złożone na cztery czy ułożone warstwami. Czasem, tak jak w kuchni amerykańskiej, do ciasta dodaje się proszek do pieczenia, dzięki czemu naleśniki robią się puszyste. Przygotowanie naleśników zajmuje niewiele czasu a efekty gotowania są zasmakawiające.

Naleśniki z jogurtem i gruszkami

Składniki:

Ciasto naleśnikowe:

  • szklanka mleka
  • pół szklanki mąki
  • 1 jajko
  • szczypta soli
  • masło do smażenia (może być olej)

Nadzienie:

  • jogurt naturalny,
  • pokrojone gruszki lub dowolne ulubione owoce,
  • miód

Przygotowanie:

Mleko, mąkę, jajko i sól miksujemy (mikserem lub trzepaczką) na gładką masę, która powinna mieć konsystencję gęstej śmietany – jeśli mąki jest mało naleśniki są  delikatne i trudniej je odwrócić na drugą stronę, mają wtedy również tendencję do rozpadania. Jeśli mąki dodamy dużo, naleśniki będą ciężkie, choć łatwiej je wtedy usmażyć. Zazwyczaj pierwszy smażony naleśnik daje nam pojęcie czy proporcje mleka i mąki są odpowiednie.

Na rozgrzaną patelnie nakładamy łyżeczkę masła – tak żeby natłuścić całą powierzchnię a następnie nalewamy trochę ciasta – można użyć nalewajki. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Z podanej ilości otrzymamy około 7 naleśników.

Góra naleśników

Usmażony naleśnik polewamy jogurtem, kładziemy kawałki owoców i całość polewamy miodem. Serwujemy ciepłe. Bardzo dobrze smakują podane ze szklanką zimnego mleka. Smacznego!

Zupa-krem brokułowa

Brokuły – zdrowie i uroda w jednym

Brokuły, rodzina kapustowate, to samo zdrowie. Są warzywem numer 1 jeśli chodzi o  właściwości przeciwnowotworowe, ze względu na zawartość chromu i błonnika pomagają zachować (lub uzyskać) szczupłą sylwetkę, zawierają dużo witamin: witaminy z grupy B, beta-karoten (prowitamina A), C, PP, są również źródłem kwasu foliowego, minerałów: potasu, wapnia, siarki, manganu, magnezu, żelaza, fosforu i wielu innych cennych, zdrowych związków.

Różyczki brokułów

Krem brokułowy

Zupa-krem z brokułów to smaczne, proste i pożywne danie. Można je serwować gdy aura zawodzi i wtedy gdy z nieba leje się skwar. Podane w tej formie szybko znikają z talerza, nawet małych niejadków.

Składniki:

1 różyczka brokuła (spora),

3 łyżki jogurtu naturalnego,

kawałek ulubionego żółtego sera lub serek topiony naturalny (opcjonalnie),

Wywar:

2 udka z kurczaka (opcjonalnie), lub dowolny kawałek mięsa z kością dla aromatu,

1 litr wody,

1 duża marchew,

1 pietruszka – korzeń i natka,

2 duże ziemniaki,

0,5 selera (małego),

kawałek pora,

ziele angielskie: sztuk 2,

liść laurowy: sztuk 2,

sól i pieprz do smaku

Zupa-krem z brokułów

Wykonanie:

Najpierw gotujemy wywar warzywny, lub warzywno-mięsny. Do wody wkładamy wszystkie składniki wywaru oprócz soli i pieprzu, które dodajemy pod koniec gotowania do smaku. Warzywa muszą być umyte, obrane, pokrojone na spore kawałki, kiedy zupa się zacznie gotować, zmniejszamy ogień, tak żeby wolniutko bulgotała – ma to duże znaczenie dla późniejszego smaku. Po około 40 minutach, kiedy mięso jest miękkie, wyławiamy wszystkie warzywa z wyjątkiem ziemniaków i mięso, które obieramy od kości i dodajemy ponownie do zupy. Zamiast mięsa można dodać kostkę rosołową, ale ponieważ takie przyprawy zawierają niezdrowy glutaminian sodu, lepiej jest użyć to pierwsze. Do gotowego wywaru dodajemy różyczki brokułowe i gotujemy na małym ogniu około 10 minut – przy dłuższym gotowaniu traci się składniki odżywcze i nie jest ono konieczne – brokuły szybko miękną. Następnie zostawiamy zupę do przestygnięcia, miksujemy aż składniki się połączą, jeśli zupa jest chłodna to podgrzewamy na małym ogniu i dodajemy kawałki ulubionego sera żółtego lub serka topionego (niekoniecznie) oraz 3 łyżki jogurtu naturalnego. Jogurt można dodać po przelaniu zupy na talerze.

Add an Image

Krem z brokułów

Do wywaru dodaję również zioła prowansalskie (około 1 łyżeczki), dzięki czemu smak jest ciekawszy. Najczęściej gotuję „na oko” – z pewnością lepiej jest dodać więcej warzyw niż mniej. Z tej ilości uzyskamy 3 porcje pysznej zupy.

Smacznego!

Pieluchy wielorazowe

Ile kosztują pampersy?

Ponieważ zużycie pampersów i co za tym idzie ich koszt, jest dosyć wysokie – w zależności od wieku dziecka jest to kilka lub kilkanaście (w przypadku noworodków) pieluch dziennie, zaczęłam rozważać zakup pieluch wielorazowych. Jest to tańsze rozwiązanie, ponieważ koszt ich użytkowania powinien być niższy niż pampersów, bo ogranicza się do detergentu do prania, wody i energii elektrycznej, co miesięcznie wyniesie mniej, niż cena jednej paczki pampersów.

Koszt pieluch jednorazowych to...

Ile kosztują miesięcznie pieluchy jednorazowe? Policzmy: przy starszym niemowlaku i małym dziecku zużywa się około 4 pieluszek na dobę, przy noworodku i małym niemowlaku potrzeba ich więcej. Zakładając zużycie 4 pieluch dziennie przez czas 2,5 roku, czyli 30 miesięcy, zużywa się około 3650 pampersów, jeśli doliczymy do tego 4 pierwsze miesiące życia, gdzie ilość potrzebnych pieluszek jest większa (powiedzmy 8 na dobę), otrzymamy liczbę 3890. Jeśli założymy, że przeciętna cena opakowania wynosi 40 zł za 50 sztuk (jest to uogólnienie, bo ilość sztuk w opakowaniu waha się w zależności od wagi dziecka, ceny również się różnią, ale zakładam że czasem są to droższe, czasem tańsze pieluchy, promocje itp.) to suma, którą wydamy przez 30 miesięcy, przy jednym dziecku wyniesie :

3 112 złotych. Dużo i niedużo, bo cena rozkłada się miesięcznie, czasem kupuje się całkiem tanie pieluszki w granicach 20 złotych, choć te i tak wychodzą drożej, bo trzeba je częściej zmieniać.

Pieluchy wielorazowe – nowy ląd

Alternatywą dla pieluch jednorazowych stanowią pieluchy wielorazowe. Można też używać pieluch tetrowych, które zapewne wychodzą najtaniej – pieluchy wielorazowe to udoskonalona wersja, ale idea jest podobna do tetry. To trochę jak różnica między małym fiatem a mercedesem c – jeden i drugi to samochód, założenie podobne – transport z punktu a do punktu b, ale różnica niebagatelna. Wracając do pieluch wielorazowych, oprócz oszczędności, są przyjazne dla środowiska oraz stosowane przy nawracających odparzeniach i problemach skórnych dziecka.

Otulacz, wkład - czyli pielucha wielorazowa

Ich najważniejsze części to otulacz, czyli majteczki i wkład, którym może być również pieluszka tetrowa albo flanelowa. Wybór rodzaju tych pieluch jest spory, różne są materiały stosowane do ich produkcji: bawełna, wełna, bambus, różnią się rozmiarami: pieluchy dostosowane do wagi dziecka, lub w rozmiarze uniwersalnym, jednym dla każdego przedziału wagowego, mające regulowane zapięcia – rzepy, lub zatrzaski. Dostępne są też pieluchy:

– „all in one”, czyli wszystko w jednym, gdzie otulacz i wkład tworzą całość, pieluchy formowane, które wymagają otulacza, ale świetnie dopasowują się do ciała i wyglądają jak pampersy, podobnie się je zakłada, rozciągają się po bokach co nie ogranicza ruchów dziecka i mają zabezpieczające gumki wokół nóżek, zapobiegające przeciekaniu (udoskonalona wersja tetry z zapięciami i dodatkowymi warstwami),

– pieluchy składane, czyli tetrowe, służące jako wkład,

– pieluchy z kieszonką, szybkoschnące, wygodne przy ruchliwych dzieciach, wymagają wkładów, które zakłada się do środka.

Oprócz tego można kupić oddzielne wkłady z bawełny, mikrofibry, bambusa, oraz pomocne papierki jednorazowe (nazywane czasem wkładką). Te ostatnie układa się na pieluszce i pełnią funkcję zabezpieczenia, zwłaszcza przed zabrudzeniem – kupka zostaje na papierku, który wrzuca się do toalety, zaoszczędzając mamie pracy z usuwaniem „prezentu” z pieluchy.

Najtańsze pieluszki

Warto też zastanowić się nad rodzajem zapięcia – rzep lub zatrzaski (czasem wiązanie), rzepy z czasem mogą tracić przyczepność. Najprostszym rozwiązaniem może być sama pielucha terowa, zapinana na specjalny plastikowy klips (zapinkę), który utrzymuje pieluszkę na miejscu.

Sposoby na oszczędzanie

Jednak zanim zaczniemy oszczędzać pieniądze kupując pieluchy wielorazowe, najpierw musimy je zainwestować, czyli kupić kilka otulaczy i większą ilość dowolnych wkładów – tak żeby mieć wystarczający zapas suchych pieluch po praniu.

Myślę, że może to być ekonomiczna alternatywa dla jednorazowych pampersów, pozostaje ją wypróbować. Jeśli ktoś ma doświadczenie w tej kwestii to proszę o komentarz.

Disney World – superwakacje dla każdego

Disney World – świat idealny

Każdy z nas zna Myszkę Miki i Kaczora Donalda. Zapewne nie raz śmialiście się oglądając ich przygody na szklanym ekranie. Niejeden z was marzył, jako dziecko, o wycieczce do Disneylandu – powiem wam co powinniście w związku z tym zrobić – przy nadarzającej się okazji, wsiąść w samolot i udać się do jednego z parków rozrywki Disneya na świecie. Istnieje 5 takich parków: w Kalifornii, na Florydzie, w Tokio, Honk Kongu i w Paryżu. Ja miałam szczęście odwiedzić Disney World w Orlando na Florydzie. Przeżycie jest niesamowite. Właściwie to brakło by mi przymiotników do opisania tego miejsca.

Disney World

Być w Disney Wordzie to tak jakby znaleźć się w samym środku bajki Disneya. Kompleks jest ogromny, składa się z kilku parków tematycznych: Magic Kingdom, Animal Kingdom, Epcot, Blizzard Beach, Hollywood Studios i Typhoon Lagoon. Powierzchnia całego Disney Wordu jest porównywalna do powierzchni większych polskich miast, więc żeby zobaczyć każdy z parków trzeba tam spędzić przynajmniej tydzień. Parki tematyczne rozmieszczone są w różnych miejscach i są naprawdę duże z mnóstwem atrakcji, więc w ciągu jednego dnia da się zobaczyć „tylko” jeden park. Ponieważ mieliśmy zaledwie 2 dni, odwiedziliśmy 2 parki tematyczne: Magiczne Królestwo i Królestwo Zwierząt.

Magiczne Królestwo nadchodzimy!

Zaczęliśmy od Magicznego Królestwa, w którym można zobaczyć charakterystyczny zamek Disneya, znany z czołówek kreskówek.  Po wejściu do Magicznego Królestwa znajdujemy się w miasteczku, z główną ulicą prowadzącą do zamku Disneya. Wzdłuż ulicy rozmieszczone są różne sklepy: cukiernie, restauracje, bary, sklepy z pamiątkami i mnóstwem innych rzeczy, którym nie zdążyłam się przyjrzeć, ponieważ najpierw chcieliśmy się zorientować, co znajduje się w parku. Jak się okazało później, próba zorientowania to jedynie czubek góry lodowej, ponieważ miejsce jest ogromne i żeby jest jako tako ogarnąć, potrzeba więcej niż jednego dnia. Poza tym wszędzie były tłumy ludzi, tak samo zachwyconych i zdezorientowanych jak my. Pierwszą rzeczą, którą nabył mój mąż dla wczucia się w atmosferę, było candy apple, czyli jabłko-cukierek. Kiedy zobaczyłam to dziwo mój wiek cofnął się w czasie o x lat. W tym miejscu nie sposób nie poczuć się jak 12-latek.

Jabłko - cukierek

Atrakcje dla dzieci i dorosłych

Po takim wstępie naturalnym odruchem było udanie się na przejażdżkę a czym? Jako dziecko mój drogi husband był w Magicznym Królestwie i chciał przewieźć się kolejką w miejscu o nazwie Space Mountain, w wolnym tłumaczeniu „Kosmiczna Góra”. Tuż przed samą jazdą rozmyślił się jednak, ponieważ nie jest to zwykła kolejka, ale rollercoaster, który mknie jak szalony w górę i w dół, nagle spada, zakręca i to wszystko w iście kosmicznych ciemnościach, a dookoła widać jedynie gwiazdy. Jako dziecko nie zdecydował się na jazdę w przestrzeni, ale teraz stwierdził, że skoro tu jesteśmy to musi spróbować. I tak też zrobił, a ja przewiozłam się chwilę później – wymiana była konieczna bo byliśmy z córcią, za małą na takie atrakcje.

W dół, do góry, w dół, do góry...

Dla rodziców dostępne są bilety „child swab”, osoba która zostaje z dzieckiem dostaje przepustkę, dzięki której nie trzeba czekać w kolejce, bo czasem oczekiwanie wynosi nawet 50 minut. Wracając do Space Mountain – to szaleństwo w pigułce, jazda trwa kilka minut, jest nieprzewidywalna a my całkowicie zdezorientowani – trudno powiedzieć gdzie jest dół, czy góra i gdzie za chwilę będziemy. Osobiście lubię takie atrakcje, choć przez moment miałam ochotę wysiąść… Miejsc tego typu jest w Disney Worldzie wiele.

Po tym intensywnym doświadczeniu na pewno nie będziecie potrzebować kawy. Następnym miejscem, tym razem przeznaczonym również dla małych dzieci, była karuzela. Nasza córcia najpierw bała się przejażdżki a kiedy ta dobiegła końca, to konieczna okazała się powtórka.

It’s a Small World

Kolejnym miejscem był „It’s a Small World” – tu też można pójść z bardzo małym dzieckiem. Po odczekaniu w kolejce około 30 minut wsiedliśmy do łodzi, z której oglądać można jedyne w swoim rodzaju widowisko – na obydwu brzegach znajduje się w sumie 300 lalek, które tańczą, śpiewają, kręcą się w rytm piosenki „It’s a small world”. Lalki prezentują różne kultury, ubrane są w charakterystyczne stroje, znajdziemy tu przedstawicieli wszystkich kontynentów i ras od Japonii po Amerykę Południową.  Oprócz tego są tam również kukiełki – zwierzęta, balony unoszące się w powietrze, wiatraki, sławne budowle: Wieża Eiffla, Krzywa wieża w Pizie, Taj Mahal… Ideą tego przedstawienia jest pokazanie, że świat jest globalną wioską – była to jedna z pierwszych tego typu prezentacji na świecie.

It's a Small World

Oprócz tego odwiedziliśmy prezentację, w której przedstawiony jest świat Kubusia Puchatka, przewieźliśmy się pociągiem jadącym dookoła Magicznego Królestwa a także odwiedziliśmy z mężem the Haunted House, czyli „Nawiedzony Dom”. Poziom strachu w tym ostatnim, nie jest szczególnie wysoki. Warto odwiedzić to miejsce dla samych dekoracji, to istny majstersztyk – stary dom, w którym wszystko skrzypi, meble i książki pokryte są pajęczyną, zegar kręci się do tyłu, gasną świece, duchy tańczą o północy, zza drzwi dochodzą postukiwania i głosy wołające o pomoc, za oknami szaleje burza, słychać wycie wiatru a może czegoś lub kogoś…

Miejsce gdzie spełniają się marzenia

Wreszcie o godzinie 20.00 rozpoczyna się nad Magicznym Zamkiem cudowny, trwający około 20 minut (mniej lub więcej), absolutnie spektakularny pokaz sztucznych ogni, połączony z muzyką z bajek Disneya – miejsce gdzie marzenia się spełniają. W pewnym momencie z Zamku wylatuje nawet wróżka – zupełnie jak na czołówkach kreskówek. Całość jest po prostu wspaniała. Po dniu pełnym wrażeń, stanowi jego dopełnienie. Po obejrzeniu tego wszystkiego, jedyne marzenie jakie przychodzi do głowy, to żeby móc tam wrócić. Nasza córcia nie dotrwała do końca i po tym jakże intensywnym dniu, zasnęła w połowie pokazu.

Marzenia się spełniają

Bilet wstępu do parku uprawnia do korzystania ze wszystkich atrakcji – karuzel, przejażdżek i tym podobnych. W każdym parku tematycznym można wypożyczyć wózek dla dziecka i przewinąć, nakarmić dziecko, czy kupić potrzebne rzeczy, typu mleko, butelka, pieluszki w „Baby care center”. Oprócz tego wszystkie damskie i niektóre męskie toalety na terenie parku wyposażone są w przewijak, w restauracjach dostępne są krzesła do karmienia. Jedzenie i pamiątki są płatne osobno. Wózki dla dzieci można parkować w wyznaczonych miejscach – jest ich dużo (miejsc i wózków). Całość jest świetnie zorganizowana i można się cudownie bawić, szkoda tylko że czas mija tak szybko.

Jak obciąć dziecku paznokcie

Przybory do paznokci

Trzeba się zaopatrzyć w dobre nożyczki. W sprzedaży są dostępne nożyczki z zaokrąglonymi końcówkami, którymi nie skaleczymy dziecka, kiedy będzie nam się trzęsła ręka. Osobiście używam zwykłych, cienkich nożyczek do paznokci. Warto zainwestować w dobrej jakości nożyczki, bo obcinanie paznokci to czynność, którą będziemy wykonywać przez kilka lat, średnio raz w tygodniu. Warto więc mieć przybory, które są dobrej jakości i trwałe. Można używać cążek do paznokci, ja ich nie lubię i nie stosuję, ale to kwestia wygody – wolę nożyczki.

Przybory do paznokci

Przy noworodku, przed przystąpieniem do skracania pazurków, trzeba odkazić nożyczki, przez zamoczenie ich w spirytusie, lub przetarcie wacikiem zmoczonym środkiem odkażającym.

Czasem bardzo pomocną rzeczą jest pilnik do paznokci. Przez kilka miesięcy używałam wyłącznie pilniczka do skracania paznokci mojemu dziecku i mimo iż zajmuje to trochę więcej czasu (minimalnie), to zabieg się opłaca. Dlaczego warto używać pilniczka? Oto trzy powody:
– nie zatniemy dziecka,
– paznokcie są skrócone do optymalnej długości – nie obetniemy ich za krótko, co jak pewnie każdy wie z własnego doświadczenia, jest nieprzyjemne,
– dziecko się nie zadrapie, ponieważ opiłowane pazurki nie są ostre. Czasem przy stosowaniu nożyczek zdarza się, że dzidziuś podrapie buzię, nawet zaraz po obcięciu. Spiłowaniu pazurki są tępe, nawet kiedy trochę odrosną, więc zadrapania zdarzają się na mniejszą skalę.

Najlepsze do takich zabiegów są pilniczki papierowe. Dziecko powinno oczywiście mieć swój pilniczek, z którego nie korzystają dorośli.

Jak obciąć paznokcie

Śpiące dziecko

Z noworodkiem sprawa jest prosta, bo najczęściej takie malutkie dziecko nie protestuje. Z czasem delikwent może się buntować – moja córcia bardzo ceni sobie niezależność swoich rączek. Nie wiem, czy wszystkie dzieci tak mają, ale ona nie lubi, kiedy trzymam jej dłonie i ich swoboda jest bardzo istotna. Kiedy była niemowlakiem, jej ręce i paluszki były bardzo ekspresyjne i czasem nie mogłam się nadziwić nad ich ruchliwością i elastycznością.

Małe stópki

Przy małym protesterze, najlepiej jest obcinać paznokcie, kiedy dziecko śpi. Proces wtedy zajmuje nie więcej niż kilka minut i można go przeprowadzić do końca, tak że paznokcie są skrócone jak trzeba. Przy skracaniu pazurków trzeba pamiętać, żeby paznokcie u nóg obcinać wzdłuż naturalnego brzegu paznokcia.

W co się bawić z rocznym dzieckiem

Zabawa w chowanego

Roczne dziecko rozumie i potrafi całkiem sporo. Dobrze siedzi, pewnie stoi a niektóre dzieci stawiają już pierwsze kroki. Z dziećmi troszkę starszymi, które potrafią już pewnie chodzić (koło 14 miesiąca), można z powodzeniem bawić się w domu w chowanego. Zabawa wygląda wtedy następująco: dziecko przebywa w pokoju, z którego może wyjść popychając drzwi na zewnątrz. Rodzic (lub rodzeństwo) chowa się w drugim pomieszczeniu. Na początku dobrze jest zaangażować jeszcze jedną osobę, która jest z dzieckiem i pilnuje je przy otwieraniu drzwi oraz naprowadza pytaniami: ‚gdzie jest tata?’ (mama, czy ta osoba, która się chowa). Dziecko dosyć szybko łapie o co chodzi. Tę zabawę „odkrył” mój mąż i czasem naprowadzał małą, gdzie się ukrywa, przez wydawanie dźwięków – cmokanie i tym podobne. Mała absolutnie uwielbia tę zabawę do dzisiaj. Na razie woli ten wariant, czyli tata się chowa, Łucja szuka i zarówno ona jak i mąż, mają z tego niezły ubaw.

Innym wariantem tej gry, dla dziecka po 14, 15 miesiącu, jest „Nie ma Łucji”, w którym moja córcia chowa się za firanką. Udaję wtedy, że jej nie widzę, zasłaniam oczy i lamentuję, że nie ma mojej córeczki, nie wiem gdzie poszła i tak dalej. Ważne tutaj jest ekspresja i okazanie radości, kiedy dziecko do nas przyjdzie, żeby pokazać, że się znalazło. Malutka myśli, że nie jej nie widzimy a przy tym ona sama doskonale widzi nas, więc czuje się bezpieczna. Zabawa jest przednia, uwielbiam zwłaszcza jak Łucja podchodzi do mnie z wyrazem twarzy – „mamo jestem tu, zobacz”, a potem obejmuje mnie mocno w ramach wynagrodzenia. Ważne jest, żeby mieć pewność wytrzymałości karnisza, w innym przypadku lepiej odwieźć dziecko od tego rodzaju zabaw.

Zabawa ze spinaczami

Dziecko 12 miesięczne umie bez problemów używać swoich rąk i paluszków. Do zabawy potrzebnych jest kilka spinaczy w jakimś niewielkim pudełku. Dziecko siedzi a my zapinamy spinacze w różnych miejscach na ubraniu pociechy, która te spinacze ściąga i wrzuca do pudełka (lub na podłogę). Na początek mogą to być łatwo dostępne miejsca – na brzuszku, czy na nogach, chociaż moja córcia lubi wyzwania i ściąganie spinaczy z ramion. Miejsca nie powinny być za trudne, tak żeby dziecko mogło sięgnąć. Jest to zabawa na kilka minut, ale jest frapująca dla dziecka i doskonała do ćwiczenia rączek i palców.

Zabawa ze spinaczami

Rak nieborak

Ta zabawa może być stosowana u młodszych i starszych dzieci. Moja córcia była raczej oporna w rozśmieszeniu, z wiekiem za to nadrabia i potrafi czerpać radość z tej zabawy. Kiedy dziecko siedzi lub leży „wędrujemy” palcami od stópek do dowolnego miejsca, mówiąc: „idzie rak nieborak, jak ugryzie zrobi znak!”, w miejscu znaku łaskoczemy maluszka (może być nosem, więcej przy tym śmiechu).

Moja, nie moja

Rękami dziecka gładzimy się po twarzy mówiąc: „moja mama, moja, moja” – na każde moja, jedno przeciągnięcie rączkami po naszej buzi, a następnie lekko klepiąc twarz mówimy: „nie moja, nie moja, nie moja”. Potem robimy to samo dziecku, czyli głaszczemy jego buźkę, z tym że ja nigdy nie mówię „nie moja”, bo jakże bym mogła! Inny wariant to głaskanie po włosach, lub zamiast rączek trzymamy stopy dziecka.

Kosi, kosi łapci

Ta zabawa też może być stosowana w dowolnym wieku, choć czasem niemowlęta nie lubią kiedy trzymamy ich dłonie – moja córcia bardzo ceni sobie ich swobodę i zaczęła lubić tą zabawę kiedy miała rok z hakiem. Ujmujemy rączki dziecka i klaszcząc nimi, mówimy rymowankę: „kosi, kosi łapci; jedziemy do babci; babcia da nam mleczka; a dziadek ciasteczka”, ewentualnie: „babcia da nam kaszy a dziadek kiełbasy”.

Wio koniku

Sadzamy sobie dziecko na plecach, trzeba je dobrze trzymać i biegamy jak konik, wołając: „wio koniku, wio”, rżenie jak koń jest też jak najbardziej na miejscu :). Czasem można jechać stępem, czasem kłusem, a jeśli mamy dosyć miejsca galopem, byle nie zgubić jeźdźca. Najlepiej mieszać style gnania przez dom (na zewnątrz też może być), bo jak wiadomo, niespodziewane zmiany tempa akcji, są dla małych ludzi najfajniejsze.

Wio koniku!

Bujanie w kocu

Potrzebne są dwie osoby. Dziecko układamy na kocu a sami ujmujemy brzegi, tak że maluszek leży jak w hamaku. Delikatnie kołyszemy. Można mówić: „hyś, hyś” przy każdym wahnięciu. Zabawa bardzo relaksująca dla dziecka. Na pewno poprosi o powtórkę nie jeden raz. Żeby pewnie trzymać koc można sobie okręcić rogi wokół nadgarstków. Jedyne ograniczenie w zabawie to dobry kręgosłup kołyszących.

Hyś, hyś

Przejście pod mostem

Stajemy w rozkroku a mostem są nasze nogi, pod którymi dziecko przechodzi. Czasem podnosimy jedną nogę ułatwiając przejście, a czasem robimy niewielki rozkrok, tak że dziecko musi się troszkę potrudzić, żeby przejść na drugą stronę.