Jak rozmawiać z dziećmi?

Jak zrozumieć dziecko

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się, jak dogadywać się z dziećmi, sięgnijcie po książkę „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać żeby dzieci do nas mówiły”, autorstwa Adele Faber i Elanie Mazlish. Jest to poradnik, oparty na wieloletnich obserwacjach i doświadczeniach rodziców ze Stanów Zjednoczonych i z Polski. Książka może naprawdę pomóc wam zrozumieć własne dziecko.

Mimo, że większość rodziców bardzo kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej, czasem trudno się porozumieć. O ile w przypadku małych dzieci, które jeszcze nie mówią pełnymi zdaniami i nie potrafią zrozumieć pewnych rzeczy, rozmowa jest trudna, o tyle przy starszych dzieciach, które przecież potrafią się komunikować, powinno to być proste, ale nie przeważnie nie jest. Moja córcia, mimo że jeszcze nie mówi, doskonale rozumie co ja mówię do niej i „odpowiada”, czyli reaguje swoim zachowaniem. Tyle, że nie znosi kiedy jej coś zabraniam i mimo iż nie robię tego często i tylko z ważnych przyczyn, to i tak reaguje bardzo emocjonalnie. Czasem, i to chciałabym zmienić, gdy usłyszy „nie wolno”, kiedy bardzo jej na czymś zależy i jest bardzo rozczarowana zakazem, kładzie się w ramach protestu. Jest to dosyć powszechna reakcja wśród małych dzieci i pół biedy, kiedy kładzie się na podłodze w domu, ale gorzej, jak chce to zrobić na zewnątrz, zwłaszcza na jakimś mokrym i brudnym miejscu. Trudno wtedy zachować zimną krew, zwłaszcza kiedy dziecko dopiero co było chore. Tłumaczenie, że to dla niej dobra, też nie pomoże. Ale może pomóc coś innego – co? Wczucie się w jej sytuacje. Dzieci, jak wszyscy ludzie, chcą być rozumiane przez tych, których kochają. Rodzicom, z różnych powodów, bywa trudno to zrozumienie okazać – zmęczenie, stres, niechęć czy brak wiary w możliwość zmiany sytuacji, sprawiają, że czasem komunikacja z dzieckiem to źródło rozczarowań. Jak zrozumieć dziecko i czy jest to w ogóle możliwe?  Troszczymy się o nasze dzieci codziennie, na tysiące różnych sposobów, dbając o ich zdrowie, wygodę, rozrywkę. Kochamy je, zajmujemy się nimi, staramy się jak najlepiej wypełniać obowiązki względem naszych dzieci. Znamy je tak dobrze, jak nikt inny, wiemy co potrafią, na co je stać, co je cieszy i czego nie lubią. A mimo to czasem zachowują się nie tak jakbyśmy chcieli.

Dyscyplina czy pobłażanie?

Jeśli metody, które stosowaliście dotychczas zawodzą, a chcielibyście zmienić wasze relacje z dzieckiem, to zapewniam że ta lektura pomoże. Kilka krótkich zdań, którymi możecie zwrócić się do dziecka, zamiast podnoszenia głosu, narzekania, czy (oby nie) klapsa, może przynieść to, co do tej pory było nieosiągalne – porozumienie i obopólną satysfakcję.

Bla, bla, nie słucham tego zrzędzenia

O książce przeczytałam na jakimś forum i tytuł zaintrygował mnie na tyle, że od razu ją kupiłam. Jest to pozycja, do której wracać będę nie raz, bo żeby nauczyć się reagować na pewne sprawy w naprawdę dojrzały, odpowiedzialny i mądry sposób, trzeba czasu. Rodzina to dynamiczny układ, w którym codziennie pojawiają się nowe sytuacje. Nie wszystko da się zaplanować, czy ustalić,zawsze będą jakieś nowe wyzwania, z którymi przyjdzie się zmierzyć. Świadome, dobre rodzicielstwo to trudna sztuka i trzeba szukać sposobów, otwierać się na nowe możliwości, nie bać się zmian, które i tak są nieuchronne. W książce omawiane są różne sytuacje, w których znaleźli się rodzice, oraz przykłady reagowania na problemy niestandardowymi metodami. Wyniki są czasem zaskakujące. Jedno z zachowań, które sama „wyłapałam” w moich relacjach z córcią, to zaprzeczanie jej uczuciom. Kiedy moja pociecha jest z jakiegoś powodu nieszczęśliwa – przewróci się, nie może dosięgnąć tam gdzie chce i tym podobne, ja neguję jej ból, rozczarowanie, frustracje, mówiąc „nic się nie stało” i standardowe „nie płacz, to nic takiego”. Zamiast tego powinnam starać się zrozumieć i nazwać uczucia dziecka. Zamiast „nic się nie stało’, powiedzieć „przykro mi, jesteś rozczarowana” (zła, przestraszona). W ten sposób dziecko czuje, że jest rozumiane oraz uczy się nazywać to co czuje. Jest to dosyć trudne, bo wymaga zastanowienia się, co przeżywa dziecko. Nie zawsze można te emocje zinterpretować właściwie, ba, czasem trudno w ogóle domyślić się, co ten mały człowiek czuje, ale wysiłek na pewno się opłaci.

O co nie pytać

Kolejną rzeczą, którą robię nagminnie jest pytanie niezadowolonego dziecka „co się stało”. Nawet teraz, mając świadomość tego co robię, jest mi trudno o to nie pytać i żeby zmienić ten nawyk, muszę nad tym popracować. Dlaczego jest to niewłaściwe pytanie? Ponieważ dziecko, któremu coś tam na przykład nie wyszło – wieża z klocków, którą tak pieczołowicie buduje, zawaliła się – to nie dość, że jest w danym momencie rozczarowane sytuacją, to jeszcze musi odpowiadać na to nieszczęsne pytanie „o co chodzi?”. Nikt nie lubi przecież mówić o swoich porażkach. Jeśli nazwiemy uczucia dziecka: „Jesteś rozczarowana, bo wieża się rozsypała”, to będzie to odebrane zupełnie inaczej. Ta empatia w trudnych sytuacjach dotyczy nie tylko dzieci, ale jest równie ważna dla dorosłych. Niedawno poszłam na zajęcia finess, na które nie chodziłam nigdy wcześniej. Zajęcia są różne, ale ponieważ mogę chodzić tylko w określonych godzinach, nie zawsze jest to mój, jak się okazało, ulubiony pilates. Pewnego dnia poszłam na step. Na oko wygląda prosto, noga tu, noga tam – łatwizna. Niestety, po kilku minutach zmienia się układ kroków i trzeba się szybko orientować. Mnie to się nie udało. Przez chwilę stałam i patrzyłam na grupę, próbując się połapać, kiedy obrót, którą nogą zaczynam układ i tak dalej, ale nie potrafiłam. Sfrustrowana wyszłam z zajęć, poddałam się. Byłam rozczarowana, że nie umiem tego zrobić. W myślach wyzywałam się od takich i siakich. Było mi strasznie głupio i kiedy wróciłam do domu, powiedziałam mężowi co się stało. Współczująco starał się mnie pocieszyć, zaprzeczając moim uczuciom – podręcznikowo. Gdybym nie czytała tej książki, nie zdawałbym sobie sprawy, dlaczego jego przecież, jak najlepsze intencje,chęć pomocy i pocieszenia, tak mnie zdenerwowały. Otóż faktycznie, zgodnie z tym co mówił, step (jak każde inne zajęcia) ma różne poziomy zainteresowania a ja poszłam na klasę dla nie-początkujących, niemniej jednak, kiedy słyszałam „to nic takiego”, „te osoby chodzą od lat”, nie pomagało mi to wcale, wręcz przeciwnie – czułam, że nie dość że taka ze mnie głupia oferma, to jeszcze mąż próbuje mnie tylko pocieszyć, podczas gdy on i ktokolwiek inny, załapałby o co w tym stepie chodzi. Czułam, że więc wcale mnie nie rozumie. Czułam się podle. Następnego dnia przeczytałam rozdział o nazywaniu uczyć i różnych sposobach pocieszania. To było objawienie! Gdyby Mark powiedział „musisz być rozczarowana”, zamiast „to nic takiego”, czułabym się znacznie lepiej i mogłabym opowiadać dalej. Po „nic takiego” natomiast, czuję że nie dość, że nie mogłam się połapać w tym głupim stepie, to jeszcze powinnam stłumić to co czuję (gniew, frustrację), bo w jego mniemaniu, to błahostka. Nie chce się również wówczas ciągnąć tematu, bo przecież „nikt mnie nie rozumie” a mój problem jest bagatelizowany. Taka mała rzecz, a może całkowicie zmienić bieg rozmowy.

Jak zachęcać dziecko do działania

Kolejną formułką, którą rodzice lubią „pocieszać” potomstwo (ja również), to „zobacz,to łatwe”. Nieważne co to jest, ten zwrot nie jest dobry. Jeśli dziecko zrobi, to co zamierzało, to będzie mieć wrażenie, że to nie było nic takiego. Jeśli natomiast nie uda mu się wykonać zadania, to pomyśli „jestem beznadziejny/a, nie udało mi się tego zrobić, chociaż to łatwe”. Sytuacji i przykładów zachowań jest w książce mnóstwo. Co robić z nieposłusznym dzieckiem, czy nastolatkiem? Co kiedy dziecko nie lubi młodszego rodzeństwa, ma problemy w szkole, kolegę który go zaczepia i tak dalej. Oczywiście nie da się życia ustawić i przygotować odpowiedzi na wszystko, to niemożliwe. Zwłaszcza życie w rodzinie to ciągłe wyzwania. Co w tej książce mi się podoba, to to, że czuję że nie jestem sama w moich zmaganiach. Inni rodzice też mają różne problemy, czy rzeczy, które chcieliby zmienić albo przynajmniej próbować. Ta książka uczy, że można mieć bardzo dobre relacje z dziećmi, ale trzeba nad tym pracować. To ciekawe, że tyle lat chodzimy do szkoły, uczymy się mnóstwa rzeczy, z których potem w życiu nie korzystamy, lub je zwyczajnie zapomnimy, a nikt nie uczy nas, jak być dobrym rodzicem. Przecież to jedno z największych wyzwań w życiu.

Dodaj komentarz