Doris Lessing i Małgorzata Kalicińska

Rozczarowanie noblistką

Na własną prośbę dostałam od męża pod choinkę książkę ze zbiorem opowiadań laureatki literackiej Nagrody Nobla Doris Lessing. Zgodnie z opisem na okładce „Miara talentu Doris Lessing leży w różnorodności gatunków, które umiejętnie łączy, w zróżnicowaniu i ważkości tematów, jakie podejmuje. Wydaje się, że rdzeń jej opowieści o człowieku, bo w istocie cała twórczość Noblistki jest wielką opowieścią o człowieku (…)”.Pełna zapału w wolnej chwili zabrałam się za czytanie. Pierwsze opowiadanie „Zaliczona” było interesujące, choć trochę się rozczarowałam. Następne trzy (pozostałych opowiadań nie chciało mi się już czytać) „Kobieta na dachu”, „Jak na dobre pozbyłam się serca” i „Mężczyzna i dwie kobiety” ogólnie mówiąc dobiły mnie. Styl pisania jest bez wątpienia bardzo ciekawy, ale dla osób, które wierzą w jedyną, prawdziwą miłość i mają szacunek dla małżeństwa nie ze względu na sam fakt bycia po ślubie, ale widzących w takim związku sens książka ta może wydać się przygnębiająca. „Wielka opowieść o człowieku” – co to za człowiek? Bohaterzy niby wierzą w miłość, ale jest to miłość tylko i wyłącznie do siebie samych. Nie ma w niej nic prawdziwego, nic nie jest święte, każdy może (dla autorki wydaje się to oczywiste) zdradzić i nie ma w tym żadnego dramatu, ot taka kolej rzeczy. Czy świat rzeczywiście tak ma wyglądać? Czy w związku ludzie mają prawo do zdrady, która, mimo że boli, to nie jest szczególnie wielkim wydarzeniem, wręcz przeciwnie – cytując fragment,  po tym jak żona dowiedziała się o zdradzie męża (para mająca sześciotygodniowe dziecko): „(…) Stella mnie to w ogóle nie przeszkadza. – A dlaczego miałoby ci przeszkadzać? – spytała Stella. – Bo mu się to zdarzyło po raz pierwszy i chyba powinno mnie obejść. – Nie bądź taka pewna. Mówił tak tylko by zachować pozory i Dorothy o tym wiedziała”. Nie ma, co powód do dumy i przekomarzania… Cytuję dalej: „- No przecież powinnam mieć mu to za złe, Stell? – Nie, przeszkadzałoby ci to, gdybyście z Jackiem nie byli taką cudowną parą(…)”. Koniec cytatu. Bez cienia wątpliwości, według tych kategorii oceny, my z mężem nie jesteśmy cudowną parą. Z pewnością taka sprawa by mnie obeszła, nawet bardzo. Jest to dla mnie zadziwiające, że można podejść do tematu z taką niefrasobliwością. To trochę jak niektóre produkcje hollywoodzkie, które robią ludziom wodę z mózgu i gdzie góra to dół a dół to góra. Jestem kobietą i jestem wdzięczna feministkom za to wszystko, co wywalczyły dla kobiet. Praca, płaca, prawo do głosowania – to wszystko powinno być dostępne i równe dla wszystkich. Ale są granice – odcinanie się od moralnych wartości jest kontrowersyjne i chwytliwe, powoduje wypieki na twarzy, ale prowadzi do nikąd. Jestem kobietą i potrzebuję mojego mężczyzny, potrzebuję miłości i związku, w którym każde z nas ma szacunek dla tego drugiego, w którym można na sobie polegać i gdzie można sobie ufać. Odcinanie się od takich potrzeb, od wartości rodzinnych jest jakimś sposobem na życie, ale niesie za sobą pustkę. Myślę, że większość ludzi, świadomie lub nie, szuka swojej drugiej połówki, ale przecież nie powinno się skończyć na szukaniu. Nie może być tak, że będąc z kimś długo, człowiek się ogląda i myśli „a może to nie to, ten jeden jedyny gdzieś tam na mnie czeka” – to, kim w takim razie jest ten, z którym się jest obecnie – stacją przystankową?

Dom nad rozlewiskiem – nie szukajcie nie znajdziecie

Podobnie w przypadku bestsellera Małgorzaty Musierowicz „Dom nad rozlewiskiem”. Książka ma niewątpliwe zalety, jest wciągająca, miejscami bardzo ciepła i przejmująca, ale przesłanie, jakie ze sobą niesie to „jak ci coś nie odpowiada, to to zmień” – mąż się przejadł, nie ma już (a może o zgrozo – nigdy nie było!) ognia – rozwiedź się (mąż już od dawna ma inną, nie tak zaskakującą, porywającą, gorącą i dowcipną kobietę z fantazja jak główna bohaterka, w porównaniu – to raczej sędziwa, dobrze zakonserwowana matrona – ale, niedobry jeden, zdradzał wcześniej), znajdź sobie (koniecznie młodszego, wrażliwego, czułego) kochanka, a potem szukaj „prawdziwej” miłości – romans z dentystą, który nabiera kolorów aż do momentu, gdzie wychodzi na jaw, że ukochany to alkoholik. O.M.G. a nie mógłby to być normalny, zwyczajny dentysta? Wtedy do akcji wkracza następny w kolejce mężczyzna (główna bohaterka, mimo iż kobieta w średnim wieku, łamie serce za sercem), który jak się jednak okazuje nie jest tym jedynym.

Co mi się w tej książce podobało, to to, że główna bohaterka jest kobietą dojrzałą, ma fajne pomysły, jest odważna i pełna empatii. Ma poukładane w głowie, jest normalną kobietą nie supermodelką, ma tak jak każdy lepsze i gorsze chwile, szuka szczęścia i nigdy się nie poddaje. Ale dlaczego małżeństwo musi zawieść, czy rozwód tak dobrze się sprzedaje?

W obydwu książkach wartości takie jak małżeństwo i rodzina to antywartości. Miłość jest powierzchowna, egoistyczna i nie jest wieczna, ale trwa do następnej „miłości”. Nie ma poświęceń, „ja” jest na pierwszym miejscu, nic nie jest święte.

Być może nie zrozumiałam przesłania tych książek, może tak właśnie wyglądają związki a świat jest zimny, egoistyczny i wyrachowany, ale myślę, że zwykli ludzie, nie ci z literackich stron, wiedzą, że prawdziwa miłość jest tym, co sprawia, że świat się kręci.

2 odpowiedzi do “Doris Lessing i Małgorzata Kalicińska”

  1. Muszę przyznać, że nie czytałam Doris Lessing. O domu nad rozlewiskiem czytać nie bedę. Mam swoje własne “rozlewisko”. Ale uważam, że niestety. Uspokoiły mnie Kasiu Twoje recenzje.Intuicja mnie nie zawiodła? O warsztacie literackim, ponieważ nie czytałam, nie mogę się wypowiedzieć. Choć pewnie sięgnę kiedyś po obydwie autorki – żeby jednak wiedzieć, co w trawie piszczy. Twoje artykuły zainspirowały mnie do poszperania w księgarniach na półkach z książkami o kobietach przez kobiety pisanych. Z jednej strony Rachel Cusk “Arlington Park”, z drugiej Ewa Kuryluk “Frascati”. Wielka przepaść. Warto przeczytać obydwie, żeby zobaczyć różnicę. W kolejce czeka książka Kai Malanowskiej. Pewnie będzie smutna. I trochę obrazoburcza (czego nie lubię) – ale przeczytam. A może, tak sobie myślę, jest jakaś prawda w tym, co powiedział Flaubert – “pani Bovaty to ja”. Może nie wiemy o sobie wszystkiego. Oni też trochę o nas wiedzą. Dlatego za słuszną i mądrą uważam twoją myśl, że razem, jednak razem. Tak prawdziwie.

    1. Ładnie to Pani ujęła. Ostatnio czytałam “Miłość po polsku” Manueli Gretkowskiej – była to pierwsza książka, którą czytałam tej autorki i muszę przyznać, że choć miejscami “oczy bolą”, to rodzaj męski nie jest w niej, jak wcześniej zakładałam, piętnowany, ba – główny bohater tej książki to mężczyzna, który choć nie jest ideałem, to jednak można się z nim utożsamić. Myślę, że treści i poglądy w literaturze, zależą często od tego, jakie doświadczenia i relacje z płcią przeciwną ma autor. Ja sama, lubię książki podnoszące na duchu, w których bohater wierzy w innych i wierzy w miłość. Książki, z których można coś wynieść, takie które nie mieszają dobra ze złem i zobojętniają na wartości moralne. Związki międzyludzkie przypominają coraz bardziej Hollywood, gdzie większość relacji (formalnych i nie) kończy się wcześniej czy później. A przecież mnóstwo jest ludzi, którzy są razem szczęśliwi mimo upływu czasu – czyż nie tego w głębi serca szukamy?

Dodaj komentarz